sobota, 2 listopada 2013

Rozdział 13. - ' Czy to są żarty?'

-Widzimy się jutro rano.-Ola daje mi buziaka w policzek i wychodzi z domu mojej mamy.
-Cześć kochanie.-uśmiecham się.
-Więc jedziecie do Sopotu?-mama siada na fotelu i odruchowo obejmuje swój ( spory...) ciążowy brzuszek. Wygląda pięknie, ale wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że jest w ciąży. A to przecież ósmy miesiąc...
-Tak, kiedyś trzeba odpocząć.
-W zeszłym roku wybrałeś Malediwy, a nie ojczyznę. Ona ma na Ciebie dobry wpływ...częściej przyjeżdżasz. Może pora wrócić na stałe?-pyta pijąc herbatę.
-Nie, raczej nie. Teraz jak już kupiłem dom, nie mam zamiaru opuszczać Londynu.
-Trochę szkoda, że nie ma Cię tu na codzień.-mówi mama smutno.
-Masz Lizkę, Janka i teraz będzie...dziecko. Więc nie nudzi Ci się.
-Niby tak, ale zawsze będzie mi Cię brakować. Nie wiem kiedy mi tak wydoroślałeś...
-Mamo...-przewracam oczami.
-No co? Taka prawda.-śmieje się.
-Tata się do Ciebie ostatnio odzywał?-pytam zmieniając temat.
-Nie, a co?
-Do mnie też jakoś dawno...z 4 miesiące temu, nie wiem co się dzieje, nie odbiera telefonów i w ogóle.
-On tak ma i dobrze o tym wiesz. Odezwie się jak będzie czegoś potrzebował.
-Przestań tak gadać.-przygryzam wargę.
Ale to prawda, że ostatnio jak z nim rozmawiałem skończyło się tym, że pożyczył 100 tyś., ale wolę nie mówić mamie o tym fakcie.
-Przykro mi, kochanie.Słuchaj a wracając do Ciebie...czy ten buziak od Oli oznacza, że jesteście razem?
Uśmiecham się.
-Tak.
-To wspaniale, kochanie! Wiedziałam, że to się tak skończy.-uśmiecha się wyraźnie zadowolona z siebie.
Wczorajszy wieczór i noc u Oli były wspaniałe, mimo tego, że tak naprawdę do niczego nie doszło poza kilkoma namiętnymi pocałunkami i spaniem w jednym łóżku. W sumie zyskałem wspólny wyjazd do Trójmiasta i cudowną dziewczynę.
-Tylko ja jestem zaskoczony?-pytam z uśmiechem.
-Ej Mamo jest może...-do domu nagle wchodzi Janek.- O Wojtek, jesteś słuchaj bo ja mam do Ciebie ważną sprawę, pozwolisz na chwilę?
-Ee... no ok. - o co może chodzić?
Wychodzimy przed dom. Jest gorące, czerwcowe przedpołudnie. Słońce świeci, dmucha delikatny wiatr. Idealna wakacyjna pogoda.
-Co się stało?-pytam.
-Podsłuchałem dziś przez przypadek rozmowę Mileny z przyjaciółką...
-No zaczyna się ciekawie.-opieram się o moje porsche i delikatnie przecieram lakier.
-I ona powiedziała, że chyba jej nie kocham, bo jesteśmy razem od trzech lat i wciąż jej się nie oświadczyłem i nie planujemy rodziny, więc chyba nie chcę z nią czegoś więcej i że jeśli jej się nie oświadczę do końca tygodnia to z nami koniec.-Janek gada jak nakręcony i jest wyraźnie zdenerwowany.
-A chcesz z nią założyć rodzinę i się jej oświadczyć?-pytam.
-Tak, ale bałem się teraz, wiesz jej to proponować i ...
-Nie tłumacz się. A jak ja mam Ci pomóc?-nie do końca rozumiem.
-Byliśmy umówieni na dziś wieczór na kolację. I ja tak sobie pomyślałem, że mógłbym jej się dziś oświadczyć.
-To genialnie, naprawdę zajebisty pomysł,ale co ja mam do tego? Chyba nie chcesz, żebym się oświadczył za Ciebie?
-Możesz ze mną pojechać po pierścionek?
-Ja?Mamę weź albo Lizkę.
-Nie, właśnie chodzi o Ciebie. Bo może i jesteś walnięty ale masz gust.-mówi.-No stary...kasę mam tylko weź bądź człowiek i chodź z bratem po pierścionek.
Wzdycham.
-Niech będzie.Wsiadaj.-otwieram Porschaka i pokazuję mu drugie drzwi.
-Dzięki.-uśmiecha się i wsiada.-Niemożliwe, mogę jechać w twoim porsche.
-W sumie...masz rację, wysiadaj, pobiegniesz za mną.-uśmiecham się.
-Spieprzaj.
W samochodzie rozbrzmiewa Trey Songz ' Bottoms Up' i ruszamy z podjazdu.
-W ogóle to powinienem się w pizdu nie zgodzić, bo przez jakieś dwa lata nie wiedziałem, że masz dziewczynę. W ogóle gówno wiedziałem.-zakładam ciemne okulary.
-Tak wyszło, jakoś...
-Może dla Ciebie.Ale nie ważne...serio chcesz zakładać rodzinę, mając 25 lat?-pytam Janka.
-No w sumie tak, to chyba najlepszy czas, nie?
-Nie wiem, chyba masz czas się jeszcze wyszaleć, a jak będziesz miał żonę,  to potem dziecko...dziecko to obowiązki, nie pożyjesz.
-Ja już się wyszalałem, wolę mieć Milenę i być szczęśliwym, niż szaleć i być samotnym.-mówi poważnie.
-Boże, gdzie się podział mój brat?-pytam nie wierząc w to, co słyszę.
-O co Ci chodzi? Sam niedługo dojdziesz do tego, że nie chcesz być sam. Kupiłeś wielką chatę, ale jak pomieszkasz w niej dłużej niż tydzień,  po jakiś dwóch miesiącach stwierdzisz, że chcesz żeby tam na Ciebie ktoś czekał.
-Taaak, na pewno.-uśmiecham się ironicznie.
-Jakoś wątpię, żebyś do końca życia chciał być sam.
-Jak już nie jestem sam, ale jeszcze nie pora na wprowadzanie się i wspólne plany.
-Tak? A z kim i na co jest pora?
-Z Olą. Na trochę szaleństwa.
-Z Olą? Od kiedy?-pyta zdziwiony.
-Od wczoraj.
-Zaskoczę Cię, bo ona chce mieć liczną i szczęśliwą rodzinę. Chyba nie jesteście sobie przeznaczeni.
-Skąd Ty to wiesz?
-Słyszałem kilka jej rozmów z Lizą, wiem sporo. Ona naprawdę wie, czego chce. Uważaj.-uśmiecha się.
-Jasne, wczoraj stwierdziliśmy, że związek niewiele zmieni w naszym życiu.
-To znaczy?
-Nie ograniczy mojej wolności.
Janek się śmieje.
-Co?-pytam zdezorientowany.
-Każdy związek ogranicza wolność. Chyba nie myślisz, że mając dziewczynę się nie zmienisz?
-No raczej, że się nie zmienię.
-Zobaczymy.-uśmiecha się.
-Zobaczymy...
Jedziemy do Złotych Tarasów, gdzie od razu udajemy się do ' Kruka ', a następnie 'Apartu'.
-Człowieku, tutaj musi być ten idealny...-mówi Janek.
-Musi.-wziąłem się za to na poważnie, bo wiem, że to może być jeden z najważniejszych dni w życiu Janka.
-W czymś panom pomóc?-podchodzi do nas ruda dziewczyna w ciemnym żakiecie i czarnej spódnicy.
-Szukamy idealnego pierścionka...zaręczynowego.-mówię z uśmiechem.
-Coś tańszego, czy z górnej półki?
-Nie ma znaczenia, musi być idealny, żeby mi i jemu się spodobał.-mówię.
-W takim razie zapraszam.-dziewczyna idzie do gablotek i wyciąga kilka pianek z pierścionkami.
Po półgodzinie decydujemy się na pierścionek z białego złota z diamencikami. Janek był przygotowany na taki wydatek, pewnie planował to tylko może jeszcze nie na teraz.
-To teraz skombinuj jakieś ładne badyle i jest Twoja.-mówię kiedy wychodzimy ze sklepu.
-A jak się nie zgodzi?
-Zgodzi się, tylko mi tu schiz nie łap.-mówię.
-No ok, dzięki, że pojechałeś.-mówi Janek.
-Spoko, tylko daj znać jak poszło. Jutro rano jadę do Sopotu więc raczej nie pogadamy, zadzwoń albo napisz jak już będzie po wszystkim.
-Dobra. Gdzie jedziesz?
-Do Szymona, potem jeszcze może spotkam się z Robertem jak się złapiemy. Powodzenia.
-Ok, dzięki jeszcze raz. Narazie !-Janek wysiada z Porschaka i idzie do domu.
Jadę do centrum, gdzie spotykam się z Szymonem, który musi szybko wyjść, bo jego dziewczyna jest w szpitalu. Więc znów zostałem sam, po czym postanowiłem skontaktować się z Robertem.
-Jesteś jeszcze w Warszawie?-pytam, kiedy on odbiera.
-No tak, miałem dzwonić do Ciebie, że będę z Anią.-mówi jakby nie do końca przekonany.-Chyba nie będzie Ci przeszkadzać?
-Nie, Co Ty. Dawno się nie widzieliśmy. Za pół godziny w naszym sushibarze?
-Jasne. Do zobaczenia.
-Hej.
Towarzystwo Ani jakoś nie bardzo mi odpowiada. Lubię ją, jest super, ale jakoś dziś po tych poważnych tematach z bratem wolałbym bez niej.
Jadę ulicami 'żywej' Warszawy, która przypomina najmniej ruchliwe ulice Londynu. To jest ta różnica między Polską a Anglią.
Kocham wracać do tego ruchliwego, niespokojnego i uzależniającego Londynu.
Jest 14 kiedy znajduję się w sushi barze i czekam na Roberta z Anią.
-Siema!-Robert klepie mnie w plecy i dosiada się do stolika. Za nim idzie Ania ubrana w krótką fioletową zwiewną sukienkę. Jest niewątpliwie piękna, ale do Oli jej dużo brakuje.
-Cześć piękna.-całuję ją w policzek.
-No cześć, wariacie. Dawno się nie widzieliśmy!-mówi siadając obok Roberta, na przeciwko mnie.
-Ostatni raz to chyba na Wembley.-uśmiecham się.
Kelner zbiera zamówienia i przynosi kawy. Kiedy tylko spytałem co u nich, zadzwonił mój telefon.
-Cześć.-słyszę radosny głos Oli.
-Cześć kochanie, coś się stało?-pytam.
-Nie, znaczy ... jedziemy tam na tydzień?
-Tak, a co?
-Nic, chciałam wiedzieć, bo zaczynam się pakować. Sam rozumiesz. Co robisz?-pyta.
-Jestem na obiedzie z Robertem, zadzwonie później, co?-mówię.
-A. Ok, jasne nie będę przeszkadzać. Buziak.-Ola nie traci humoru.
-Pa, kotek.-rozłączam się.-Sorry, ale sami rozumiecie.-uśmiecham się przepraszająco.
-No spoko, ale czyżby wiecznie wolny, pierwszy singiel Polskiej Piłki miał dziewczynę?-pyta Robert z uśmiechem.
-Bardzo śmieszne, ale tak się składa, że mam.-śmieję się.
-Znam ją?-pyta Robert z zainteresowaniem.
-Nie. Raczej nie. To się załatwi przy okazji. Jutro jedziemy do Sopotu...
-Okazja może być niedługo.-przerywa mi Ania.
-Szczegóły proszę.-uśmiecham się.
-Bo...my się pobieramy.-Ania wyjmuje z torebki koperte i podaje mi ją przez stół.
W szoku otwieram i widzę zaproszenie na ślub, dla mnie i osoby towarzyszącej.
Czy to są żarty ?

____________________________________

Czo ten Wojtek, jakieś obawy przed stałym związkiem ?
Co myślicie ? :)
Kolejny rozdział w długi weekend ! Dużo więcej się wydarzy :)
Kocham xo

2 komentarze:

  1. Ale będzie musiał wydawać na prezenty xD Super :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bosko piszesz :) Czekam na kolejny rozdział

    OdpowiedzUsuń