-Wow, gratuluje, nie spodziewałem się.-mówię otwierając zaproszenie.
W środku jednak czuję, że wokół mnie dzieje się coś, czego nie rozumiem.
-To możesz tam zaprosić tą swoją dziewczynę, co?-mówi Ania, a kelner przynosi sushi.
Mi co prawda odechciało się już jeść, w ogóle wszystkiego mi się odechciało.
-Jasne, że tak. Pewnie chętnie wpadnie. Nie wierzę, że się pobieracie.-mówię, z jakże szczerym, niedowierzaniem.
-Właśnie, też w to nie wierzę, ale jestem szczęśliwy, nie mogę się doczekać.-mówi Robert.-A co do ślubu, to chciałbym, żebyś został moim świadkiem!
-Ja?
-No, a ja? Nie chcesz?
-Chcę, jasne, że tak. Kurde, stary super!-uśmiecham się.
-I jeszcze zapraszam Cię na wieczór kawalerski, weekend w sumie. Za tydzień w Cannes, jachtem po Lazurowym Wybrzeżu.-proponuje uśmiechnięty.
-Wchodzę w kto. Kto jeszcze będzie?
-Kilku znajomych, Sławek, Marco, kilku innych i Ty.-mówi uśmiechnięty.
-Spoko, szczegóły doślesz.-uśmiecham się też.
Obiad schodzi nam do 15, potem jadę do siebie, gdzie w słodkiej samotności przetwarzam to, co się dzieje wokół mnie.
W styczniu moja mama wyszła za mąż.
Teraz Janek będzie się oświadczał,a co za tym idzie-brał ślub.
W międzyczasie Robert się żeni.
Extra.
Wzdycham i oglądam zaproszenie. Za dwa tygodnie, w dworku niedaleko Krakowa...ślub.
Rzucam je na stół i idę się spakować. Zmiana planów, wyjeżdżamy dziś wieczorem.
_______________________________________________________________________
-Ola, Wojtek przyszedł.-mama wchodzi do mojego pokoju, kiedy w dresach dopinam walizkę.
-Idę.-poprawiam włosy i uśmiechnięta schodzę do salonu. Wojtek siedzi na kanapie z Lilką i oglądali bajkę.
-Cześć.-uśmiecham się stając za kanapą.
-Hej, gotowa na wyjazd?-pyta wstając i podchodząc do mnie.
Zanim zdążę odpowiedzieć, on mnie obejmuje i delikatnie całuje.
-Tak, właśnie zamykałam walizkę.A Ty?-obejmuję go w pasie i patrzę w jego piękne oczy.
-Gotowy i ... mam pomysł.-mówi uśmiechając się.
-Jaki?-pytam.
-Jedźmy już teraz.
-Co?
-No bierz walizkę i jedziemy, chcę spędzić z Tobą jak najwięcej czasu.-mówi uśmiechnięty.
-Ty tak serio? Przecież to ponad 5 godzin jazdy, jesteś na siłach? Powinieneś się wyspać i....
-Tak, no daj spokój. Ja się czuję zajebiście, przestań myśleć! Jedźmy, teraz...-prosi mnie łapiąc za rękę.
Zerkam na mamę, która obserwuje nas zza blatu w kuchni.
-No ale rano byłbyś bardziej...
-Proszę, chcę się wyrwać, zapomnieć o problemach, odpocząć. Już, teraz, zaraz. Bierz walizkę i jedźmy.-Wojtek wręcz błaga.
-Dobrze...już idę na górę po walizkę.-mówię wchodząc po schodach.
-Pomogę Ci, wezmę ją. Wszystko spakowane?-pyta Wojtek, kiedy zabiera walizkę i torbę z mojego pokoju.
-Tak, dzięki.-mówię i zamykam drzwi.
Wychodzimy przed dom i Wojtek pakuje bagaże do Porsche.
-Uważajcie na siebie, co? I zadzwoń jak dojedziecie.-Mama całuje mnie w policzek.-Jesteś pewna, że chcesz z nim tam jechać?-pyta zdecydowanie ciszej, tak żeby Wojtek nie usłyszał.
-Tak mamo, ufam mu.-mówię poważnie.-Pa Lilka! Zadzwonię jak dojedziemy.-dodaję głośno i wsiadam do auta.
-Do widzenia.-Wojtek uśmiecha się do mojej mamy i wsiada do auta.
Ruszamy Warszawą.
-Cieszysz się chociaż?-pyta Wojtek.
-Nawet nie wiesz jak bardzo. A czemu tak nagle chciałeś dziś wyjechać? Coś się stało?-pytam.
-Nic, kochanie. Po prostu mam dość tego syfu i chcę odpocząć.
-Ok, jak sobie chcesz. Co dziś robiłeś?-pytam uśmiechnięta udając, że nie widzę, że coś jest nie tak.
-Byłem z Jankiem wybierać pierścionek zaręczynowy, chłopak chce się oświadczyć.-Wojtek kręci głową.
-Nie lubisz jej?
-Lubię, czemu nie, miła dziewczyna.
-To czemu nie chcesz, żeby Janek się oświadczał?
-Bo to bez sensu, on ma dopiero 25 lat.
-Dopiero? To idealny wiek i jeśli są gotowi to super.
-I Ty przeciwko mnie, Brutusie?-szyderczy uśmiech.
-To kiedy ty chciałbyś zakładać rodzinę? Po pięćdziesiątce?-pytam zdziwiona.
-Na pewno nie teraz, to trochę bezsensu. Majac 25 lat jeszcze spokojnie może pożyć. A tak? Rodzina, obowiązki...
-Mając dziewczynę też masz obowiązki.-mówię poważnie.
-Ale nie takie jak mając żonę i dziecko...znaczy...-myśli nad tym co powiedział i patrzy na moją niezadowoloną minę.
-A co masz na myśli?-pytam.
-To, że mając żonę ... nie mogę powiedzieć ' wychodzę z kumplami, wrócę za 2 dni.'
Czy to znaczy, że mogę się czegoś takiego spodziewać?
-Ale to zależy jaką będziesz miał żonę.-mówię uśmiechnięta.
Niby każdy ma jakieś potrzeby, jeśli jego potrzeba to weekend z kumplami, dla mnie to nie problem.
-Nieważne. Zapomnijmy, ok? Pora na wakacje.
-Ok. A jak obiad z ...kolegą?
-Z Robertem Lewandowskim, kochana.-uśmiecha się Wojtek.
-Coś Ty ! O Jezu ... z Robertem, o ja!-uśmiecham się. Nie wiem czemu sama na to nie wpadłam, to oczywiste, że z ' lewym' bo z jakim innym Robertem?- I jak było?
-Super, wręczył mi zaproszenie na ślub.-Jego uśmiech szybko znika.-No i na wieczór kawalerski, weekend raczej. Za tydzień w Cannes.
-W tą sobotę co będzie? A ślub kiedy?-pytam zaciekawiona.
-Nie, następną. Ślub jest trochę później.-uśmiecha się.-W tym tygodniu jestem tylko dla Ciebie.-puszcza oczko.
-To dobrze.
-A jak Tobie zleciał dzień?
-Nic ciekawego, pakowałam się prawie cały dzień. Jeszcze Eliza wpadła i poza tym to nic.-odpowiadam bawiąc się włosami.
Właśnie opuściliśmy Warszawę i wyjechaliśmy na przedmieścia. Na dworze jest ze 30 stopni, słońce wciąż praży. W aucie jest przyjemnie chłodno, klimatyzacja delikatnie powiewa.
Wojtek jest zamyślony i jednocześnie widać, że coś go męczy od środka.
Kiedy utwór z płyty przełącza się na ' All of the lights ' Kanye West'a, Wojtek pogłaśnia i uśmiecha się do mnie.
-Wiesz chyba musimy zatankować, bo później w nocy nie będzie mi się chciało stawać dwa razy.-mówi Wojtek.
-Za 3 km masz stację.-mówię.
-To dobrze, od razu jakąś kawę machniemy,nie?
-Kawy nigdy za wiele!
-Czekaj. Ktoś dzwoni.-Wojtek wyciąga telefon i odbiera.-Co jest Liza? Ale jak to... już?! Ja ... nie mogę, jestem już daleko za Warszawą. Tak, chcieliśmy z Olą wcześniej wyjechać. Nie ... nie mogę zawrócić.
Jeszcze chwilę z nią gada, a ja już doskonale wiem o co chodzi.
-Nie jesteśmy aż tak daleko, możesz zawrócić.-mówię, zdziwona jego zachowaniem, kiedy odkłada telefon.
-Nie chcę. Nie ma po co.-mówi zaciskając dłonie na kierownicy.
-Tylko Twoja mama rodzi. Masz rację, nie ma po co. Co się z Tobą dzieje?
-Nie mogę zcierpieć tego, że ma dziecko z kimś innym niż tata. Rozumiesz?! Nie mogę!-Wojtek wybucha złością.
Zjeżdża na stacje i głośno trzaska drzwiami, aż się szyby trzęsą. Idzie zatankować, a potem podjeżdża na parking obok wejścia do kas i kawiarni.
-Idziesz ze mną, czy czekasz?-pyta krótko.
-Czekam. Weź mi z mlekiem i dużym cukrem.
Wyciągam papierosy i palę dopóki Wojtek nie przyjdzie z kawą. W międzyczasie piszę sms do Lizy, że Wojtek przyjedzie do szpitala i żeby wysłała mi adres.
-Duża z mlekiem i dużo cukru, proszę kochanie.-Wojtek stawia na masce samochodu dwa kubki, a obok mojego rzuca 10 saszetek cukru.
-Bardzo śmieszne, 4 wystarczą.-wsypuję saszetki do kubka i zaczynam pić kawę oparta o maskę Porsche.
-Słuchaj...możemy pojechać rano.-zaczynam.
-Ola, ja naprawdę nie chcę tam być.-Wojtek nerwowo przeczesuje włosy dłonią.
-Wiesz co? Możesz mówić co chcesz, ale do cholery to jest twoja mama. Pozatym widzę, że się martwisz i będziesz się całą drogę denerwował, potem będziesz żałował że Cię tam nie było, choć powinieneś. Jedna noc Cię nie zbawi, a jutro pojedziemy i będziemy już tylko we dwoje, ok?-wyrzucam to siebie.
Wojtek patrzy w bok, ucieka wzrokiem oparty o samochód.
-Kochanie proszę. To tak jakby...Ona nie przyjechała na Twój ślub. Rozumiesz? Ja wiem co czujesz, jak to jest. Mam brata z innej matki, ale go kocham. Bo to mój brat. Ty jesteś w tej samej sytuacji. Twoja mama chce żebyś przy niej teraz był. Proszę, kiedy wypijemy kawę zawrócisz i pojedziemy do Warszawy, do szpitala.-obejmuję go w pasie i czekam aż na mnie spojrzy. Nie reaguje, więc dłonią kieruję jego spojrzenie w moje oczy.-Proszę Cię. Jeśli nie robisz tego dla nich, zrób dla mnie.
Patrzy na mnie i wzdycha.
-Myślisz, że jej zależy żebym tam był?
-Jestem pewna.-uśmiecham się i dotykam jego policzka dłonią.-Jedziemy do Warszawy?
-Jedziemy.-uśmiecha się i pochyla w moją stronę.
Jego usta delikatnie muskają moje i po chwili czule mnie całuje. Wdycham jego zapach, który mnie wręcz otumania. Pachnie mieszanką perfum, kawy i czegoś czego nie umiem określić.Mocno się w niego wtulam i całujemy się do utraty tchu.
-Ale śpimy u mnie.-uśmiecha się.
-Ok.-uśmiecham się i daje mu szybkiego buziaka.
Pijemy kawę starając się nie wracać do tematów ślubów i dzieci, bo Wojtka wyraźnie to drażni.
Tylko czemu? Może boi się stałych związków? Ale gdyby tak było to raczej nie starałby się o to, żebyśmy byli razem.Nie wiem co tu jest grane, ale jakoś to ogarnę.
Jedziemy w ciszy. Ale nie tej krępującej, tylko pełnej spokoju i przemyśleń. Przerywa ją tylko radio, które cicho gra.
Zerkam w stronę, jeszcze przed chwilą zamyślonego, Wojtka i łapię go na tym samym. Oboje szybko odwracamy spojrzenie.
Sytuacja powtarza się kilka razy, dopóki oboje nie wybuchamy śmiechem.
-Trochę dziecinne, nie? Gimbaza tak jakby.-śmieje się Wojtek.
-To czemu się odwracałeś?
-Bo mnie onieśmielasz, złotko.-składa usta w dzióbek.
-Nie wiedziałam, że Ciebie się da onieśmielić.
-Tylko wybranym się udaje.
Śmieję się i znów patrzę w okno.
-Masz ładny śmiech.-mówi Wojtek i zakłada czarne nerdy.
-Co?
-Ładnie się śmiejesz, nie rżysz jak koń.-mówi z uśmiechem.
-A to dobrze wiedzieć!-znowu się śmieję.
-Taki słodki.
-Daj spokój.-uśmiecham się.
-Mówię co myślę.
-Podlizujesz się.
-Też.-uśmiecha się.
Po godzinnych korkach w końcu dostajemy się pod szpital.
Wojtek parkuje samochód i ... siedzi.
-Wszystko ok?
-Tak, po prostu...nie, nic. Chodźmy.-otwiera drzwi i wysiada.
Idę w jego ślady i razem idziemy w stronę wejścia.
Wojtek złapał mnie za rękę, a ja poczułam przyjemne ciepło w brzuchu. Uśmiechnęłam się do siebie i mocniej ściąsnęłam jego dużą i silną dłoń.
_______________________
Co myślicie? Co stanie się dalej? I co ten Wojtek? Kocham xo
poniedziałek, 18 listopada 2013
Rozdział 14.-" boi się stałych związków?"
sobota, 2 listopada 2013
Rozdział 13. - ' Czy to są żarty?'
-Widzimy się jutro rano.-Ola daje mi buziaka w policzek i wychodzi z domu mojej mamy.
-Cześć kochanie.-uśmiecham się.
-Więc jedziecie do Sopotu?-mama siada na fotelu i odruchowo obejmuje swój ( spory...) ciążowy brzuszek. Wygląda pięknie, ale wciąż nie mogę się pogodzić z tym, że jest w ciąży. A to przecież ósmy miesiąc...
-Tak, kiedyś trzeba odpocząć.
-W zeszłym roku wybrałeś Malediwy, a nie ojczyznę. Ona ma na Ciebie dobry wpływ...częściej przyjeżdżasz. Może pora wrócić na stałe?-pyta pijąc herbatę.
-Nie, raczej nie. Teraz jak już kupiłem dom, nie mam zamiaru opuszczać Londynu.
-Trochę szkoda, że nie ma Cię tu na codzień.-mówi mama smutno.
-Masz Lizkę, Janka i teraz będzie...dziecko. Więc nie nudzi Ci się.
-Niby tak, ale zawsze będzie mi Cię brakować. Nie wiem kiedy mi tak wydoroślałeś...
-Mamo...-przewracam oczami.
-No co? Taka prawda.-śmieje się.
-Tata się do Ciebie ostatnio odzywał?-pytam zmieniając temat.
-Nie, a co?
-Do mnie też jakoś dawno...z 4 miesiące temu, nie wiem co się dzieje, nie odbiera telefonów i w ogóle.
-On tak ma i dobrze o tym wiesz. Odezwie się jak będzie czegoś potrzebował.
-Przestań tak gadać.-przygryzam wargę.
Ale to prawda, że ostatnio jak z nim rozmawiałem skończyło się tym, że pożyczył 100 tyś., ale wolę nie mówić mamie o tym fakcie.
-Przykro mi, kochanie.Słuchaj a wracając do Ciebie...czy ten buziak od Oli oznacza, że jesteście razem?
Uśmiecham się.
-Tak.
-To wspaniale, kochanie! Wiedziałam, że to się tak skończy.-uśmiecha się wyraźnie zadowolona z siebie.
Wczorajszy wieczór i noc u Oli były wspaniałe, mimo tego, że tak naprawdę do niczego nie doszło poza kilkoma namiętnymi pocałunkami i spaniem w jednym łóżku. W sumie zyskałem wspólny wyjazd do Trójmiasta i cudowną dziewczynę.
-Tylko ja jestem zaskoczony?-pytam z uśmiechem.
-Ej Mamo jest może...-do domu nagle wchodzi Janek.- O Wojtek, jesteś słuchaj bo ja mam do Ciebie ważną sprawę, pozwolisz na chwilę?
-Ee... no ok. - o co może chodzić?
Wychodzimy przed dom. Jest gorące, czerwcowe przedpołudnie. Słońce świeci, dmucha delikatny wiatr. Idealna wakacyjna pogoda.
-Co się stało?-pytam.
-Podsłuchałem dziś przez przypadek rozmowę Mileny z przyjaciółką...
-No zaczyna się ciekawie.-opieram się o moje porsche i delikatnie przecieram lakier.
-I ona powiedziała, że chyba jej nie kocham, bo jesteśmy razem od trzech lat i wciąż jej się nie oświadczyłem i nie planujemy rodziny, więc chyba nie chcę z nią czegoś więcej i że jeśli jej się nie oświadczę do końca tygodnia to z nami koniec.-Janek gada jak nakręcony i jest wyraźnie zdenerwowany.
-A chcesz z nią założyć rodzinę i się jej oświadczyć?-pytam.
-Tak, ale bałem się teraz, wiesz jej to proponować i ...
-Nie tłumacz się. A jak ja mam Ci pomóc?-nie do końca rozumiem.
-Byliśmy umówieni na dziś wieczór na kolację. I ja tak sobie pomyślałem, że mógłbym jej się dziś oświadczyć.
-To genialnie, naprawdę zajebisty pomysł,ale co ja mam do tego? Chyba nie chcesz, żebym się oświadczył za Ciebie?
-Możesz ze mną pojechać po pierścionek?
-Ja?Mamę weź albo Lizkę.
-Nie, właśnie chodzi o Ciebie. Bo może i jesteś walnięty ale masz gust.-mówi.-No stary...kasę mam tylko weź bądź człowiek i chodź z bratem po pierścionek.
Wzdycham.
-Niech będzie.Wsiadaj.-otwieram Porschaka i pokazuję mu drugie drzwi.
-Dzięki.-uśmiecha się i wsiada.-Niemożliwe, mogę jechać w twoim porsche.
-W sumie...masz rację, wysiadaj, pobiegniesz za mną.-uśmiecham się.
-Spieprzaj.
W samochodzie rozbrzmiewa Trey Songz ' Bottoms Up' i ruszamy z podjazdu.
-W ogóle to powinienem się w pizdu nie zgodzić, bo przez jakieś dwa lata nie wiedziałem, że masz dziewczynę. W ogóle gówno wiedziałem.-zakładam ciemne okulary.
-Tak wyszło, jakoś...
-Może dla Ciebie.Ale nie ważne...serio chcesz zakładać rodzinę, mając 25 lat?-pytam Janka.
-No w sumie tak, to chyba najlepszy czas, nie?
-Nie wiem, chyba masz czas się jeszcze wyszaleć, a jak będziesz miał żonę, to potem dziecko...dziecko to obowiązki, nie pożyjesz.
-Ja już się wyszalałem, wolę mieć Milenę i być szczęśliwym, niż szaleć i być samotnym.-mówi poważnie.
-Boże, gdzie się podział mój brat?-pytam nie wierząc w to, co słyszę.
-O co Ci chodzi? Sam niedługo dojdziesz do tego, że nie chcesz być sam. Kupiłeś wielką chatę, ale jak pomieszkasz w niej dłużej niż tydzień, po jakiś dwóch miesiącach stwierdzisz, że chcesz żeby tam na Ciebie ktoś czekał.
-Taaak, na pewno.-uśmiecham się ironicznie.
-Jakoś wątpię, żebyś do końca życia chciał być sam.
-Jak już nie jestem sam, ale jeszcze nie pora na wprowadzanie się i wspólne plany.
-Tak? A z kim i na co jest pora?
-Z Olą. Na trochę szaleństwa.
-Z Olą? Od kiedy?-pyta zdziwiony.
-Od wczoraj.
-Zaskoczę Cię, bo ona chce mieć liczną i szczęśliwą rodzinę. Chyba nie jesteście sobie przeznaczeni.
-Skąd Ty to wiesz?
-Słyszałem kilka jej rozmów z Lizą, wiem sporo. Ona naprawdę wie, czego chce. Uważaj.-uśmiecha się.
-Jasne, wczoraj stwierdziliśmy, że związek niewiele zmieni w naszym życiu.
-To znaczy?
-Nie ograniczy mojej wolności.
Janek się śmieje.
-Co?-pytam zdezorientowany.
-Każdy związek ogranicza wolność. Chyba nie myślisz, że mając dziewczynę się nie zmienisz?
-No raczej, że się nie zmienię.
-Zobaczymy.-uśmiecha się.
-Zobaczymy...
Jedziemy do Złotych Tarasów, gdzie od razu udajemy się do ' Kruka ', a następnie 'Apartu'.
-Człowieku, tutaj musi być ten idealny...-mówi Janek.
-Musi.-wziąłem się za to na poważnie, bo wiem, że to może być jeden z najważniejszych dni w życiu Janka.
-W czymś panom pomóc?-podchodzi do nas ruda dziewczyna w ciemnym żakiecie i czarnej spódnicy.
-Szukamy idealnego pierścionka...zaręczynowego.-mówię z uśmiechem.
-Coś tańszego, czy z górnej półki?
-Nie ma znaczenia, musi być idealny, żeby mi i jemu się spodobał.-mówię.
-W takim razie zapraszam.-dziewczyna idzie do gablotek i wyciąga kilka pianek z pierścionkami.
Po półgodzinie decydujemy się na pierścionek z białego złota z diamencikami. Janek był przygotowany na taki wydatek, pewnie planował to tylko może jeszcze nie na teraz.
-To teraz skombinuj jakieś ładne badyle i jest Twoja.-mówię kiedy wychodzimy ze sklepu.
-A jak się nie zgodzi?
-Zgodzi się, tylko mi tu schiz nie łap.-mówię.
-No ok, dzięki, że pojechałeś.-mówi Janek.
-Spoko, tylko daj znać jak poszło. Jutro rano jadę do Sopotu więc raczej nie pogadamy, zadzwoń albo napisz jak już będzie po wszystkim.
-Dobra. Gdzie jedziesz?
-Do Szymona, potem jeszcze może spotkam się z Robertem jak się złapiemy. Powodzenia.
-Ok, dzięki jeszcze raz. Narazie !-Janek wysiada z Porschaka i idzie do domu.
Jadę do centrum, gdzie spotykam się z Szymonem, który musi szybko wyjść, bo jego dziewczyna jest w szpitalu. Więc znów zostałem sam, po czym postanowiłem skontaktować się z Robertem.
-Jesteś jeszcze w Warszawie?-pytam, kiedy on odbiera.
-No tak, miałem dzwonić do Ciebie, że będę z Anią.-mówi jakby nie do końca przekonany.-Chyba nie będzie Ci przeszkadzać?
-Nie, Co Ty. Dawno się nie widzieliśmy. Za pół godziny w naszym sushibarze?
-Jasne. Do zobaczenia.
-Hej.
Towarzystwo Ani jakoś nie bardzo mi odpowiada. Lubię ją, jest super, ale jakoś dziś po tych poważnych tematach z bratem wolałbym bez niej.
Jadę ulicami 'żywej' Warszawy, która przypomina najmniej ruchliwe ulice Londynu. To jest ta różnica między Polską a Anglią.
Kocham wracać do tego ruchliwego, niespokojnego i uzależniającego Londynu.
Jest 14 kiedy znajduję się w sushi barze i czekam na Roberta z Anią.
-Siema!-Robert klepie mnie w plecy i dosiada się do stolika. Za nim idzie Ania ubrana w krótką fioletową zwiewną sukienkę. Jest niewątpliwie piękna, ale do Oli jej dużo brakuje.
-Cześć piękna.-całuję ją w policzek.
-No cześć, wariacie. Dawno się nie widzieliśmy!-mówi siadając obok Roberta, na przeciwko mnie.
-Ostatni raz to chyba na Wembley.-uśmiecham się.
Kelner zbiera zamówienia i przynosi kawy. Kiedy tylko spytałem co u nich, zadzwonił mój telefon.
-Cześć.-słyszę radosny głos Oli.
-Cześć kochanie, coś się stało?-pytam.
-Nie, znaczy ... jedziemy tam na tydzień?
-Tak, a co?
-Nic, chciałam wiedzieć, bo zaczynam się pakować. Sam rozumiesz. Co robisz?-pyta.
-Jestem na obiedzie z Robertem, zadzwonie później, co?-mówię.
-A. Ok, jasne nie będę przeszkadzać. Buziak.-Ola nie traci humoru.
-Pa, kotek.-rozłączam się.-Sorry, ale sami rozumiecie.-uśmiecham się przepraszająco.
-No spoko, ale czyżby wiecznie wolny, pierwszy singiel Polskiej Piłki miał dziewczynę?-pyta Robert z uśmiechem.
-Bardzo śmieszne, ale tak się składa, że mam.-śmieję się.
-Znam ją?-pyta Robert z zainteresowaniem.
-Nie. Raczej nie. To się załatwi przy okazji. Jutro jedziemy do Sopotu...
-Okazja może być niedługo.-przerywa mi Ania.
-Szczegóły proszę.-uśmiecham się.
-Bo...my się pobieramy.-Ania wyjmuje z torebki koperte i podaje mi ją przez stół.
W szoku otwieram i widzę zaproszenie na ślub, dla mnie i osoby towarzyszącej.
Czy to są żarty ?
____________________________________
Czo ten Wojtek, jakieś obawy przed stałym związkiem ?
Co myślicie ? :)
Kolejny rozdział w długi weekend ! Dużo więcej się wydarzy :)
Kocham xo